Wszystko zaczęło się od „Motorynki” jednego z cudów polskiej motoryzacji, motoroweru produkcji Zakładów Rowerowych Romet w Bydgoszczy. Niestety służył on głownie do naprawiania, mniej do jazdy, ale pozwolił zakochać się w motoryzacji. Potem były trudne decyzje nastolatka co dalej w życiu robić, wspomniana miłość zwyciężyła. Od początku plan był taki, aby zacząć od zawodówki bo tam było więcej zajęć warsztatowych a mniej teorii, a później „dorobić” technikum. Tak też się stało i z perspektywy czasu okazało się to trafnym wyborem. W tym miejscu należy wspomnieć o niezwykłym człowieku, moim wychowawcy Profesorze Mirosławie Kwaśniaku, dla którego mój szacunek trwa nadal i trwać będzie. Trzymał nas żelazną ręką, jak na byłego sportowca przystało, ale zawsze potrafił docenić zaangażowanie, nie znosił kombinatorów, za to cenił uczciwość. Był moim wychowawcą przez 3 lata zawodówki i 3 lata technikum, pozostał dla mnie symbolem prawdziwego nauczyciela i specjalisty w swoje dziedzinie. Przyznam że w mojej pracy z młodzieżą preferuję podobny styl.

Lata spędzone w „samochodówce” – to były ciekawe i wesołe czasy. Wspaniali kumple, sporo przygód nie tylko szkolnych. Najbardziej oczywiście brakowało dziewczyn. Ale na szczęście w pobliskim Zespole Szkół Spożywczych był zgoła odmienny problem i jakoś dawaliśmy sobie radę.

Będąc jeszcze w zawodówce z inspiracji mojego wychowawcy – Profesora Mirosława Kwaśniaka zainteresowałem się prawem wynalazczym. Bardzo prężnie działało już wtedy Szkolne Koło Wiedzy o Wynalazczości, nie obyło się bez sukcesów. W Turnieju Wiedzy o Wynalazczości w 1993 r. wraz z kolegami „zgarnęliśmy” I miejsce drużynowe w województwie i pierwsze trzy miejsca indywidualne, a na eliminacjach centralnych zajęliśmy miejsca w pierwszej dziesiątce.

Oprócz teorii zawsze bardzo ceniłem praktykę, stąd wspomniany pomysł z zawodówką, wiec za niezwykle wartościowe uważam doświadczenie zdobyte pod okiem instruktorów warsztatowych. I mam tu na myśli zarówno ciężka harówkę na ślusarni, która nauczyła mnie szacunku do metalu, jaki również mój ulubiony dział – silniki. Sprawdziła się stara maksyma „dla chcącego nic trudnego”, gdy jedni narzekali że na warsztatach czasem nuda, inni zawsze znaleźli sobie jakąś ciekawą robotę. Przyznam ze lubiłem jak się coś działo, wiec szukałem i tak trafiłem jako mechanik do szkolnego klubu kartingowego. Nigdzie się tyle nie nauczyłem nie tylko rzemiosła ale też życia.

Przez cały czasu nauki czynnie uprawiałem sport, najpierw siatkówkę, potem sporty siłowe i sporty walki i przyznam szczerze że mimo wypomnianej miłości do motoryzacji bardziej ciągnęło mnie na AWF niż na Politechnikę. Niestety plany sportowe pokrzyżowała kontuzja tuż przed egzaminami i wylądowałem w Wyższej Szkole Pedagogicznej na kierunku Technika, który z powodzeniem ukończyłem. Równolegle ukończyłem studia na kierunku wychowanie fizyczne i tej pasji poświęcam się do dziś. Jestem nauczycielem akademickim na Uniwersytecie Rzeszowskim, trochę żałuję ze nie poszedłem w kierunku samochodowym, bo sporo się tu dzieje, ale zwyciężyła moja druga pasja – sport. Pracuję jako adiunkt na Wydziale Wychowania Fizycznego UR.

Czasy się zmieniły, gdy ja byłem w szkole średniej szczytem marzeń był własny samochód (czytaj Polonez), teraz można przebierać w zagranicznych markach. Wtedy na warsztatach królował silnik od Nyski teraz pewnie turbodoładowane sportowe maszyny. Szczerze zazdroszczę obecnym uczniom możliwości jakiem mają, a moja rada? – Nie zmarnujcie tego co macie.

Najważniejszym wydarzeniem w karierze szkolnej było zdobycie prawa jazdy. „Prawko” było marzeniem każdego z nas, wiec każdy przykładał się szczególnie mocno do jazdy. Ja miałem to „szczęście” trafić na instruktora, legendarnego despotę, którego nazwisko przemilczę. Powiem tylko, że gdy na pytanie „jaki minęliśmy znak” nie znałem odpowiedzi, instruktor kazał zatrzymać samochód i ze szmatką truchtałem wyczyścić ładnie znak, a przy okazji przyjrzeć mu się z bliska, a to był najmniejszy wymiar kary.

Najmilej jednak wspominam egzamin z jazdy, choć nic tego nie zapowiadało. Było to zimą, ciemno, mokro, ślisko i spora kolejka do egzaminowania. Plac poszedł sprawnie, potem na miasto. Jakoś nieszczęśliwie się złożyło że znalazłem się na końcu kolejki, to oznaczało konieczność odwiezienia egzaminatora do domu. Z tego co pamiętam spory kawał drogi poza Rzeszowem. W myślach przerobiłem chyba wszystkie kombinacje, ronda, skrzyżowania i przygody jakie mogą mnie spotkać na trasie, po czym zwarty i gotowy na najgorsze wsiadłem do auta. Wyjechaliśmy spod szkoły w stronę Głogowa Młp., potem nawrotka w stronę Rzeszowa, kolejna nawrotka w stronę Głogowa Młp. i…. ku

mojemu zaskoczeniu, zjazd do szkoły. Tu trochę oszołomiony dowiedziałem się że zdałem i że egzaminator przyjechał swoim własnym samochodem. To był najkrótszy i najłatwiejszy egzamin na prawo jazdy w historii polskiej motoryzacji.

Robert Bąk