Paweł Hoffman podczas zawodów: Górskich Samochodowych Mistrzostw Polski.
 Fot. Arkadiusz Bar

 

Paweł Hoffman – właściciel firmy


Wspomnienia z  „Samochodówki”

 

Zespół Szkół Samochodowych wybrałem ze względu na moje częściowe zainteresowania, które zostały wzmocnione prowadzeniem firmy motoryzacyjnej przez mojego tatę. Szkołę rozpocząłem od nauki w zasadniczej klasie zawodowej, a potem skończyłem technikum. Wychowawcą w szkole zawodowej była Pani Krystyna Górska, a dyrektorem Pan Jerzy Chmiel.

  

 

Na początku ograniczałem moją koncentrację zawodową tylko do pomp wtryskowych i wtryskiwaczy, z czym związana była branża firmy mojego taty. Patrząc wstecz, to był mój błąd, aczkolwiek od już 19 roku życia nadrabiałem straty uczestnicząc systematycznie w szkoleniach w Polsce i za granicą. Zresztą cały czas się uczę nowych rzeczy.

 

Najmilej wspominam chłopaków, szczególnie z technikum. Równie dobrze wspominam część grona pedagogicznego, Pana Mirosława Kwaśniaka, z którym obecnie działamy w Automobilklubie Rzeszowskim, Pana  Jacka Gonka, który pierwszy rok pracy miał właśnie z nami. U Pana Gonka miałem dobre oceny, ale na egzaminie, chyba z budowy pojazdów, dostałem ledwie trzy, bo kompletnie „nie podeszły mi” pytania. Nauczyciel próbował mi pomóc pomocniczymi zapytaniami, ale nic powyżej trzy nie dało się „wyciągnąć”.

Na języku polskim u Pani  Ewy Fijałkowskiej, odkryłem, że ze mnie jest bardziej humanista, niż człowiek nauk ścisłych. Co oczywiście nie przeszkadza mi w działaniach i rozwoju w branży motoryzacyjnej.

 

 

W technikum języka polskiego uczyła mnie Pani Chmiel. Jeden z egzaminów przedłużał się, a ja byłem umówiony na KJS (takie rajdy dla amatorów). Odpowiadałem z lektury „Lalka” i zacząłem „ściemniać” bo przeczytałem tylko streszczenia. Nauczycielka oczywiście ”pokapowała” się i zaczęła mnie cisnąć o szczegóły. Chyba chodziło o relację Izabeli Łęckiej z Wokulskim. W streszczeniu nie było, że Łęcka rozmawiała w innym języku, a Wokulski znał tą mowę (jak widać teraz to mi „Lalka” chyba do końca życia w pamięci zostanie). Ja w końcu stwierdziłem, że muszę wyjść, bo jadę w rajdzie i nie mogę dłużej odpowiadać. Pani Chmiel roześmiała się i dostałem trzy. Chyba mnie lubiła, bo w końcu nie byłem do końca przygotowany.

 

Okres w którym ja się uczyłem był bardzo trudny (1989 – 1995). Był to czas przemian ustrojowych w państwie. Właściwie w szkole wszystko zaczęło podupadać – ale to też działo się w całym społeczeństwie.

W trakcie mojej nauki w szkole powstał sklepik. Inicjatorem był Pan Roman Ziemianin. To była fajna sprawa dla nas uczniów. Któregoś razu Pani z polskiego – Fijałkowska przyniosła bułkę i powiedziała, żeby dać jej dwie minutki czy coś takiego, bo musi skończyć ten świeżutki posiłek z salcesonem i tak zachwalając zjadła ją. Od tego czasu hitem szkolnego sklepiku była bułka z salcesonem – wszyscy ją kupowali, łącznie ze mną. Nawet teraz nie rozumiem jak Pani Fijałkowska tak łatwo zdołała zjednać sobie „stado nieokrzesanych chłopaków”. Potrafiła zabrać nas (tą „hołotę”) do teatru i wszyscy w grzecznych sweterkach prawie grzecznie oglądali sztukę. A jak mieliśmy napisać wypracowania z tematu „co nam się podoba, a co nie podoba w nauczaniu”, to jeden z kolegów jako motto przewodnie opisał: „po co się uczyć, jak jest coś zbudowane i jak działa, wystarczy nas nauczyć jak to naprawić”. Rozgorzała dyskusja, a kolega dostał czwórkę za odwagę głoszenia swoich racji.

 

Dlatego uważam, że w tamtych latach wielu z nauczycieli było z powołania i to była ogromna wartość tamtej szkoły.

Szkoła dała mi bardzo duże podstawy do tego, co teraz wykonuję w życiu zawodowym i w realizacji moich pasji związanych między innymi z rajdami i wyścigami. Te podstawy to cała teoria działania…

 

Obecnie prowadzę, w drugim pokoleniu, firmę Serwis Hoffman, którą na przełomie 1983/84 roku założył tata Leon. Z firmą byłem związany od początku, kiedy jako chłopak segregowałem śrubki, wycinałem uszczelki z papieru, czy wyżarzałem w piecu miedziane podkładki, aby można było je użyć drugi raz (taka regeneracja części niedostępnych w okresie PRL-u;). Potem rosłem wraz z firmą, wprowadzając nowe pomysły, na które w 80% pozwalał mi tata. A teraz wraz z żoną prowadzimy firmę samodzielnie, a tata od kilku lat odsunął się w działalność społeczną np. w Cechu Rzemiosł, szkoleniu i egzaminowaniu uczniów w zawodzie, przy czym w pełni pomaga w koordynacji firmy.

  

 

Biorąc pod uwagę moje doświadczenie zawodowe, zatrudniając różnych pracowników, mechaników z wykształcenia, z pasji lub z potrzeby, stwierdzam, że  najlepsi są wykształceni mechanicy z pasją. Na rynku jest jednak wielu pasjonatów, którzy stali się mechanikami z powołania, kończąc inne szkoły. I tutaj zaczyna się problem, bo nie posiadają oni wiedzy teoretycznej, np. na szkoleniach korzystają tylko z części informacji. Takie szkolenia są przeważnie z jednego małego zakresu działań –  przykładowo: systemy hybrydowe. Podczas takich zajęć jest wiele informacji z zakresu elektromechaniki i termodynamiki. Jeśli obecny mechanik chociaż „liznął” tych przedmiotów w szkole, to łatwiej jest mu przyswajać aktualną specjalistyczną wiedzę.