Pomiędzy mechaniką a elektrotechniką

Moje wspomnienia dotyczące lat szkolnych i późniejszych lat pracy będą nietypowe.

Nie napiszę tego, że motoryzacja była i jest moją jedyną pasją, a szkoła w pełni zaspokoiła moje zawodowe ambicje.

Powiedzmy sobie szczerze, czy dziecko w wieku lat 14-tu mogło mieć już całkowicie sprecyzowane poglądy na to co chce w przyszłości robić. Jako maluch chce być strażakiem, może żołnierzem, potem lotnikiem, aktorem lub wybitnym sportowcem.

Nadchodzi jednak czas decyzji co do wyboru dalszej życiowej drogi i należy coś postanowić. Częstokroć te marzenia są dotkliwie weryfikowane, bo przecież nie każdy może zostać celebrytą. Trzeba pomyśleć o wyborze realnego zawodu zapewniającego środki do życia. Bardzo często doradcami młodego człowieka są rodzice, czasami sąsiedzi, a nierzadko starsze koleżeństwo.

W moim przypadku tych doradców było wielu z wszystkich wymienionych wyżej kategorii i dzięki nim trafiłem do Technikum Samochodowego w roku 1966.

Dyrektorem szkoły był wówczas pan Klemens Jabłoński a wychowawcą naszej klasy pan Władysław Babula. Klasa liczyła 46 uczniów i wszystkim zależało na tym aby być promowanym do klasy wyższej bo w przeciwnym wypadku groził powrót do podstawówki celem zaliczenia klasy ósmej. My jako ostatni rocznik mieliśmy możliwość pójść do szkoły średniej po klasie siódmej, dlatego świadectwo zaliczenia klasy pierwszej technikum jest równocześnie świadectwem ukończenia ośmioklasowej szkoły podstawowej.

Po promocji do klasy drugiej okazało się, że jest dość liczne grono starszych kolegów, którzy chcą ugruntować sobie wiedzę drugiego roku i zaszła konieczność stworzenia dwóch oddziałów. Trafiłem zatem do oddziału B i była to prawdziwie b-klasa. Nasza wychowawczyni niewiele od nas starsza pani Barbara Dolińska musiała wielokrotnie wysłuchiwać żalów z powodu naszego zachowania.

Fot.2. Moja klasa IV b T . Autor wspomnień trzeci od prawej wśród siedzących.

 

Kilka z tych wybryków opisałem w moich wspomnieniach do jubileuszowej księgi wydanej z okazji 50-lecia samochodówki to nie będą one tutaj przedmiotem moich wspomnień. W ostatnich dwóch klasach naszym wychowawcą był pan Jan Uchman.

Czy pójście do szkoły średniej technicznej musi oznaczać rezygnację z zainteresowań nie związanych z wykonywanym później zawodem ?

Oczywistym jest, że jeśli zainteresowania młodego człowieka z tym zawodem pokrywają się i stanowią największą życiową a może nawet jedyną pasję to jest to bardzo dobre, ale uważam, że może to być nieco monotonne. W moim przypadku zawsze starałem się nie rezygnować z moich pasji i w miarę skromnego zasobu wolnego czasu je rozwijać.

Tutaj muszę stwierdzić , że szkoła zupełnie mi w tym nie przeszkadzała wprost przeciwnie było wiele możliwości rozwoju w różnych dziedzinach nie tylko tych związanych z kierunkiem kształcenia.

Już w pierwszej klasie trafiłem do zespołu recytatorskiego a prowadząca ten zespół pani Izabela Mikuła widząc we mnie przyszłego „artystę” pokierowała mnie do działającego przy Technikum Budowlanym MOPP.

Fot.1. Zespół recytatorski klasa I a T. Od lewej: Janusz Łopatka, Ryszard Koczergo, Henryk Surmacz, Marian Szczudło, Tadeusz Górnicki.

 

Był to Międzyszkolny Ośrodek Prac Pozalekcyjnych i działało tam kilka grup artystycznych min. teatralna i taneczna. Wielu z uczestników tych zajęć związało potem swą przyszłość z nabytymi tam umiejętnościami.

Uczęszczający do naszej szkoły dwie klasy wyżej Wiesław Sierpiński po ukończeniu technikum zdał egzaminy do szkoły aktorskiej i całą swoją karierę zawodową tej dziedzinie poświęcił.

Pamiętam, że w zespole tanecznym występowali moi starsi koledzy Jan Maślanka i Antoni Różański, którzy potem studiowali na rzeszowskiej WSI i tam byli współzałożycielami folklorystycznego zespołu „Połoniny”.

Mnie nie było dane zbyt długo udzielać się artystycznie bo pasję sportową obudził we mnie nauczyciel wuefu Włodzimierz Pałucki. Ten postrach mniej sprawnych i giętkich kręgosłupów stał się dla mnie prawdziwym autorytetem.

W dość zaawansowanym wieku będąc chodził na rękach a na drążku kręcił kołowroty. Bardzo skutecznie zachęcił mnie do rozwijania moich akrobatycznych zdolności i uzyskał bardzo dobry efekt w tej dziedzinie. Będąc zadowolonym z efektów swej pracy nagrodził mnie w drugiej klasie technikum na półrocze oceną +5 z wuefu. /Wówczas nie było ocen wyższych od 5/.

Podobno był to trzeci taki przypadek w historii szkoły. Pierwszym był jakiś koszykarz grający w Resovii, który pomimo niskiego jak na koszykarza wzrostu zdobywał dużą ilość punktów, a drugim gimnastyk, który w wygibasach na drążku przewyższył swego nauczyciela.

Niestety po drugiej klasie mój sportowy autorytet odszedł na roczny urlop dla podratowania zdrowia, a następnie na emeryturę i moja sportowa kariera wymknęła się spod jego kontroli. Dojeżdżając do szkoły pociągiem ze Strzyżowa nie mogłem sobie pozwolić na popołudniowe lub wieczorne zajęcia w jakimkolwiek rzeszowskim klubie. A w moim rodzinnym Strzyżowie cóż było, tylko siatkówka, piłka nożna i …podnoszenie ciężarów.

Do tych dwóch pierwszych dyscyplin sportowych zupełnie nie nadawałem się i zapewne do tej trzeciej też nie. Niemniej jednak postanowiłem tak jak wielu moich rówieśników w tamtych latach popracować nad poprawą sylwetki i zacząłem odwiedzać miejscowych atletów podczas ich zajęć w strzyżowskiej szkole podstawowej nr 2.

Pewnego popołudnia jeden z działaczy ogłosił, że światowa federacja tej dyscypliny wprowadziła dwie nowe kategorie wagowe; najlżejszą zwaną muszą i superciężką. Brak zawodnika w superciężkiej można było zastąpić zawodnikiem innej kategorii a ta najlżejsza nie była do zastąpienia. Okazało się, że spokojnie mieściłem się w jej limicie wagowym i w taki oto sposób zostałem zawodnikiem miejscowego klubu. Występów na pomostach miałem bardzo dużo bo startowałem we wszystkich kategoriach wiekowych jako junior, młodzieżowiec oraz senior.

Tymczasem przypomniał sobie o mnie nauczyciel fizyki pan Józef Żurakowski i postanowił wysłać mnie na olimpiadę fizyczną. Pomimo tego, że w czwartej klasie tego przedmiotu już nie mieliśmy on przypomniał sobie, że tymi „pałami”, którymi tak obficie nas raczył to może jednak czegoś mnie nauczył.

Pamiętam jak jeszcze w pierwszej klasie na jednej lekcji dostałem aż trzy pały bo upierałem się przy „swojej definicji” ruchu jednostajnie zmiennego. Po usłyszeniu od niego „odcinkach kiełbasy” zapamiętałem raz na zawsze, że czas mierzy się odstępami, a odcinkami to mierzy się raczej coś innego, choćby kiełbasę. Razu pewnego jeden z kolegów miał na tablicy wyliczyć prędkości dwóch pojazdów i je ze sobą porównać. Nie zwrócił na to uwagi, że jedna prędkość była w metrach na sekundę, a prędkość drugiego pojazdu w kilometrach na godzinę i zaczął te prędkości ze sobą porównywać. Usłyszał wtedy: „a co ty porównujesz słonia do stokrotki” !? Inny nieszczęśnik wyliczył ilość kilokalorii w bilansie cieplnym ale na tablicy pozostawił suchą liczbę. Usłyszał wtedy, „a co ty wyliczyłeś ilość główek kapusty”!?

Niemniej jednak mnie udało się przebrnąć przez pierwszy etap fizycznych zmagań i zakwalifikowałem się na finał olimpiady do Krakowa. Wtedy nastąpił świetny okres mego studiowania i przygotowywania się do naukowych igrzysk. Miałem załatwione wielotygodniowe zwolnienie z odpytywania mnie z wszelkich przedmiotów. Mogłem spokojnie rozwiązywać zadania z fizyki i trenować moje ciężary. Nie bałem się o to, że jak przybędę nieprzygotowany do szkoły po zawodach w poniedziałek, to zostanę zaskoczony przez odpytującego nauczyciela.

A na fizycznej olimpiadzie w Krakowie poszło mi tak średnio, bo nie poradziłem sobie z zadaniem z elektrotechniki. A zatem po maturze wybrałem ten kierunek studiów aby uzupełnić braki z tej dziedziny, a trenowanie ciężkiego sportu odpadło mi samo, bo moja strzyżowska sekcja sztangistów została rozwiązana.

Mimo wszystko coś mi się przydało z tych umiejętności bo na studiach w ramach juwenaliów była tzw. święta wojna pomiędzy wydziałem mechanicznym i elektrycznym. Była to rywalizacja w wielu różnych dziedzinach. Bieg w workach, żonglowanie, różne tory przeszkód, a także podnoszenie ciężarów. Były trzy kategorie wagowe i ja wystartowałem w tej najlżejszej.

Fot.3. W akcji mistrz Polski uczelni wojskowych w roku 1976.

 

Moim przeciwnikiem z wydziału mechanicznego był podobnej postury „ciężkoatleta” Mirosław Kwaśniak znany mi już wcześniej z naszej szkoły. Walka była zażarta do ostatniego podejścia, ale wynik nie miał większego znaczenia, bo jak to w takich wojnach bywa na końcu musi być zawsze remis.

Po ukończeniu studiów czekała mnie roczna obowiązkowa służba wojskowa w ramach Szkoły Oficerów Rezerwy. Udało mi się powrócić do tematów samochodowych bo trafiłem do Piły do Wyższej Oficerskiej Szkoły Wojsk Samochodowych. Tam zaczepiłem się do cywilnej sekcji podnoszenia ciężarów, a dodatkowo brałem udział w licznych organizowanych tam turniejach szachowych. A zatem służba była lekka i przyjemna dodatkowo dająca możliwość podwyższenia kategorii prawa jazdy.

Po zaliczeniu służby wojskowej powróciłem na uczelnię, aby magisterskim kursem uzupełnić swoją wiedzę z zakresu elektrotechniki. Z tych dodatkowych studiów jeden z wykładów szczególnie zachował się w mej pamięci. Była to moja pierwsza w życiu lekcja języka angielskiego. Wcześniej miałem w szkole średniej i na studiach tylko rosyjski i niemiecki.

Pan od angielskiego powiedział, że on zdaje sobie sprawę z tego, iż niewiele nas nauczy, ale zapewnia nas, że angielski jest bardzo potrzebny i właśnie widział w księgarni znakomity kurs składający się z dwóch książek i dziewięciu płyt długogrających, a on ten kurs nam poleca jako bardzo dobry. Przekonał mnie.

Zakupiłem ten zestaw językowy, przerobiłem go, po dwóch latach następny i w taki sposób rozpoczął się mój wieloletni romans sam na sam z tym językiem , czyli w trybie samo uczącym. Język angielski stał się moją nową pasją i bardzo mnie cieszyło to jak coraz więcej mogłem zrozumieć z tekstów piosenek moich ulubionych anglojęzycznych piosenkarzy i zespołów muzycznych.

Zatem uczyłem się tego języka z nadzieją, że kiedyś może się przydać. Sytuacja rodzinna nie pozwalała mi wyjechać na jakikolwiek kontrakt zagraniczny, ale ciągle miałem nadzieję, że nie na darmo pójdzie ta nauka.

Po kilkunastu latach pracy na stanowiskach związanych z energetyką trafiłem do rzeszowskiego POLMOZBYTU i zatrudniony zostałem na stanowisku specjalisty ds. elektrycznych. Czyli elektryk w firmie samochodowej. W pewnym stopniu powrót do spraw samochodowych. A angielski ? No cóż , przydał mi się do zaliczenia kursu pilotów wycieczek zagranicznych. Zbyt wielu wycieczek nie udało mi się jednak pilotować bo w gazecie codziennej Nowiny końcem lata roku 1990 pojawił się artykuł, który spowodował u mnie przyspieszone bicie serca.

Artykuł ten zamieszczony na pierwszej stronie głosił, że rzeszowski POLMOZBYT

będzie sprzedawał samochody Honda i w związku z tym będzie poszukiwał inżynierów ze znajomością języka angielskiego.

I w taki oto sposób powróciłem całkowicie do pierwszego wyuczonego zawodu, a mój romans z Hondą trwa już blisko 30 lat. Praca ta na samym początku przynosiła wiele niespodzianek i zaskakujących sytuacji. Musiałem przejść przyspieszony kurs języka angielskiego, ale tym razem handlowego i technicznego. Częste wizyty Japończyków wymuszały bardzo intensywną naukę i pracę nad organizowaniem firmy.

W kwietniu 1991 roku zaliczyłem pierwsze zagraniczne szkolenie w belgijskiej Gandawie gdzie mieści się europejska hurtownia części zamiennych. Później byłem jeszcze w Anglii w miejscowości Swindon gdzie mieści się montownia europejskich modeli samochodów. W roku 1998 z okazji 50-lecia firmy zafundowano mi wspaniałą wycieczkę do Japonii. Tam oprócz wielu turystycznych atrakcji zwiedzaliśmy montownię Hondy Civic w miejscowości Suzuka, a także zlokalizowany tam tor wyścigowy Fomuły-1. W Tokio odwiedziliśmy główną siedzibę dyrekcji firmy, a w miejscowości Motegi tor wyścigowy Twin Ring, oraz muzeum wyrobów Hondy.

Fot.4. Na japońskim torze wyścigowym Twin Ring Motegi rok 1998.

 

Tor ten został oddany rok wcześniej przed naszym przyjazdem , także z okazji tego jubileuszu firmy. Na tym torze udało mi się zaliczyć kilka okrążeń wspaniałym czerwonym szybkim pojazdem.

Zdaję sobie sprawę z tego, że napisałem zbyt długie szkolne wypracowanie i ono nie jest całkowicie „na temat”. Chciałem jednakże pokazać, że obowiązkowa nauka nie musi być brzemieniem. Zdobycie zawodu to życiowa konieczność, ale nie może ograniczać horyzontów myślowych. Trzeba mieć otwartą głowę dla wielu dziedzin i kierunków, bo nigdy człowiek nie jest w stanie przewidzieć co mu się może w życiu przydać.

 

Marian Szczudło

uczeń ZSS w latach 1966-1971